Ale dzionek, co? Piękne słońce, ciepełko - od razu chce się działać i żyć :)
Niestety mi się dziś przez ponad godzinę żyć nie chciało - niesamowicie mocny ból brzucha :/ Myślałam, że zemdleję, a uwierzcie mi, że niełatwo mnie doprowadzić do takiego stanu. Jeszcze nigdy nie straciłam przytomności! (napisała, i zemdlona osunęła się na ziemię hi hi hi)
Dziecko w pracy było niemalże znośne, a to ogromny postęp. Oczywiście, nie obyło się bez dyskusji w stylu "jajko mądrzejsze od kury", ale chyba się do tego przyzwyczajam i przestaje mnie to irytować. Szczególnie osłabiło mnie stwierdzenie "no coś ty, nie boli cię brzuch!":) kiedy byłam bliska dzikiego wrzasku z bólu. Dostałam też w ramach lekarstwa ukochaną maskotkę dzieciaka - to było naprawdę słodkie:)
Kurde, wychodzi na to, że mogę sobie narzekać na to dziecko, a ono dla równowagi robi coś uroczego.
Ciągle ćwiczę się w cierpliwości, uczę dzieciaka nie mówić do mnie "masz mi to podać/masz sprzątać/masz....". Zauważam postępy w obu sprawach:)
Mam dziś fantastyczny humor - w końcu kupiłam narzutę (już się wyprała i schnie) na łóżko pasującą mi kolorem do połowy ścian, oraz poduchę pod kolor drugiej połowy pokoju. Niniejszym ogłaszam wszem i wobec - PEPCO rządzi!
(http://iczka.files.wordpress.com/)
Życzę przyjemnego wieczoru, jeśli ktokolwiek tu zagląda:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz